Bałkany, maj 2007 Drukuj Wyślij znajomemu
Spis treści
Bałkany, maj 2007
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Strona 6
Strona 7
Strona 8
Strona 9

 

 

 

 







 

   Wyjazd na Bałkany  w maju 2007 to, jak na razie, jedyny w tym roku poważny wypad jaki udało nam się zrealizować wobec ogromu obowiązków związanych z budową domu. Nawet do pisania relacji zasiadłem  po wielu miesiącach...  Plany mieliśmy niejasne, ot tak przed siebie na południe a potem sie zobaczy. 

 

   W wyjeździe wzięli udział: Jarecki z Ewą na B12, Kamil - Szybowiec z Lilką na Africe,  Mirek na V-Strom'ie 650, oraz ja z małżonką Monisią na ST1300.

 

  dzień pierwszy

     Start zaplanowaliśmy w Bielsku Białej.

   Z Wrocławia wyjeżdżamy około godziny 16. Kamil zapewnił nam w Bielsku noclegi  i zorganizował czas wolny. Niestety my czasu wolnego nie mieliśmy. Pod Gliwicami, w drodze z Wrocławia do Bielska,  uświadomiłem sobie, że zapomniałem Prawa Jazdy. Jarek z Ewą pojechali dalej - załapując się na imprezkę. My zawróciliśmy. W Bielsku zameldowaliśmy się przed godziną 23. Energii starczyło nam jedynie na kompanko i paciorek.  Dzisiaj zrobiliśmy ponad 500 kilometrów.

   

dzień drugi

    Rano stawił się kuzyn Kamila - Mirek. Po szybkim śniadanku (wyjedliśmy rodzicom Kamila wszystkie jajka) ruszyliśmy w kierunku granicy z Czechami.

 

     

   

     Zaraz potem wjechaliśmy z Czech na Słowację. Jedno z pierwszych miasteczek to Cadca. Cadca? Skądś to znamy! Nooo, tak przecież w 2003 roku odwiedziliśmy na Ukrainie, w Starej Hucie Krasnej przodków górali czadeckich. Ot i kolejna historia zatoczyła koło.

       Jak zwykle troszeczkę błądzimy, ale za to zaglądamy do wiosek i miasteczek, poza utartymi szlakami. Po wjeździe na Węgry przyspieszamy nieco na autostradach. Niestety niebotyczne korki wokół Budapesztu skutecznie nas spowalniają. Bandit z kuframi też ma problemy z przeciskaniem się między samochodami.

      Mocno wymęczeni, po wyrwaniu się z podbudapesztańskiej matni, pędzimy, ile  damy radę,  na południe. O zmierzchu, w poszukiwaniu noclegu, skręcamy przed Szegedem do najbliższego miasteczka. Trochę kręcimy się po okolicy. Po półgodzinie znajdujemy motel w Balastya. Jest ciemno, ale targujemy się wytrwale. Negocjacje stają na 140 euro za 7 osób i parking dla motocykli.  W motelu nie ma nic do jedzenia. Spacerkiem idziemy do pobliskiej knajpy, gdzie przy pysznym bograczu planujemy kolejny dzień. 

  Jesteśmy tu świadkami przedziwnej scenki. Około godziny 23 do opustoszałej knajpy wchodzi grupa 20 Węgrów. Jedzą, palą, piją i nagle, po 15 minutach wszyscy wychodzą. Znowu zostajemy sami z nieco rozdziawionymi ze zdziwienia ustami.